niedziela, 6 grudnia 2015

Slash w Łodzi



Na początku wielkie PRZEPRASZAM!
Bardzo długo mnie tu nie było... Wybaczcie, brak weny.
Poza tym ostatnio coś jakby więcej nauki. Koniec semestru - nauczyciele dochodzą do wniosków, że należałoby się wreszcie za uczniów wziąć, sprawdziany porobić, kartkówki na każdej lekcji.
Osobiście nie jestem typem ucznia, który uczy się systematycznie, na każdą lekcję, kartkówkę czy sprawdzian. Jakoś jednak trzeba przejść do następnej klasy. Tylko jak to zrobić, gdy o każdym teście dowiaduje się przerwę przed daną lekcją?
Jednak do rzeczy.

20 listopada mieliśmy ten zaszczyt gościć u siebie jednego z najlepszych gitarzystów wszechczasów.
Tak tak, mowa oczywiście o Slashu.
Ostatni raz widzieliśmy go w listopadzie ubiegłego roku w Krakowie.
Koncert był podobno bardzo dobry, a przynajmniej tak słyszałam.
Tegoroczny rozpoczął się występem RavenEye, zespołu, który był wybrany jako support.
Dawali z siebie wszystko, jednak dało się odczuć,
 że wszyscy z niecierpliwością wyczekują gwiazdy wieczoru.
I oto jest!!!
Punktualnie o 21:10 usłyszeliśmy na wejście typową dla Slasha muzykę cyrkową.
Całkowity splendor, chwała i wiwaty.
Oczom naszym ukazał się w całej swej kudłatości tak długo wyczekiwany Slash wraz z Mylesem i Spiskowcami.
Muzycy wykonali utwory z dwóch swoich płyt, "Apocalyptic Love" oraz nowszej,
z 2014 roku, "World on Fire".
Na szczęście nie zabrakło też kawałków z repertuaru legendarnej grupy Szalonego Kudłacza -
Guns N' Roses.
Na zakończenie zaserwowali nam też utwór Velvet Revolver.
Krótko mówiąc : naprawdę bajeczna składanka na piątkowy wieczór.
O tak! Naprawdę bajeczna!
I byłaby to jedna wielka wspaniała bajka, ze szczęśliwym hepi-endem, gdyby nie świecący kawałek plastiku, wołający podczas wejścia na scenę "CZEŚĆ ŁÓDŹ!"
Cóż...
Jeden z największych przebojów Guns N' Roses - "Sweet Child O' Mine"
gościnnie zawyła Doda Elektroda.
Jej angielski był tak płynny, tak wspaniały, tak strasznie wyuczony na pamięć, że z trudem powstrzymywałam chęć puszczenia pawia na wszystkich zebranych wokół ( przepraszam Tato ).
Dlaczego nam to zrobił?
Dlaczego spośród wszystkich polskich piosenkarek wybrał akurat ją?
Próbuję sobie tłumaczyć, że Slash ma po prostu tak dobre poczucie humoru...
Na marne.
Koncert skończył się o 23.
To były naprawdę wspaniałe 2 godziny.
Móc oglądać spod sceny te pokłady energii, które miał w sobie Todd Kerns, tę przystojną twarzyczkę Franka Sidorisa, demoniczną grę Brenta Fitza, słuchać bajecznego wokalu Kennedy'ego i co najważniejsze, patrzeć na legendę hardrocka, wirtuoza gitary, współzałożyciela Gunsów - Slasha...
Nie do opisania słowami.
To trzeba poczuć.

Z góry przepraszam za zdjęcia. Ajfon taty nie sprawdza się pod tym względem.









Ajfon + początkujący Parkinson = no właśnie... powyżej efekty.

Tak, że tak.
Koncert boski. Slash i spółka nadal zabójczo przystojni. Doda wciąż plastikowa.

Ktoś z Was był?




1 komentarz:

  1. Cześć, zapraszam do współpracy!

    https://www.facebook.com/groups/742109655920410/

    OdpowiedzUsuń